Barwy słów
ja i słowa
wspólne terytorium
niepodzielone przecinkiem
one wiedzą
kiedy milczę naprawdę
z liter robię sobie schron
one ze mnie głoskę,
która drży, gdy ktoś czyta
czasem buntują się
nie chcą być miękkie
ale nocą
układają się we mnie
jak koty
w ciepłe zdania
Ostatni
W zielonej komnacie
Labirynty snów
W jej rogach pajęczyny marzeń
Tykanie zegara
Otwiera drzwi
Do nieprzechodniego serca
Pełnego zardzewiały wspomnień
Zagubione dusze
zgasły krążek
odtwarzany moment
mieści więcej
ewentualności
zegar tkwi w nim jak ostrze naprzeciw zabliźnieniu
znikamy w najmniejszej jednostce czasu jak w drzwiach zbyt dużych dla przestrzeni
pozaziemskiej agonii
Nadal
nocą jak księżyc
pozwalasz dostrzec
własny cień
przywracasz
stracone światło
tylko tu
nie czuję wstydu
za słowo miłość
tu
przy tobie
w sercu
Ty
Ty
przychodzisz jak echo —
niby daleko,
a jednak rozsadzasz mi skronie.
Myśl o Tobie
jest ciepła.
Jest znajoma,
co rozgrzewa mi serce.
Ale pod skórą
rozlewa się ból.
Nogi nie chcą ruszyć.
Szum w uszach.
Jakby nikt mnie nie uprzedził,
że dotyk
może rozdzierać.
Chcę wrócić,
ale każda komórka
ciągnie mnie w przeciwną stronę.
Nie wiem już,
czy to miłość,
czy obrona
przebrana za tęsknotę
Zanikam
Z głębi próbuję wydostać się,
lecz ciężar myśli trzyma mnie.
Świat wiruje, hałas nie cichnie,
codziennie przydziewam nowe oblicze,
w tym tkwię by nie zatonąć.
Błądzę pośród swych cieni,
kreując iluzję życia.
Słowa ranią jak ostrza,
krwotok myśli wypala mnie od środka.
Chciałbym ruszyć naprzód,
lecz coś trzyma mnie tam.
Poranek
szept
znajomy zapach
splecione dłonie
każdego ranka serce Twoje
budzi do życia moje
oddechy dostrojone
nasze ciała wijące
zlewające się w objęciach
zniknam w Tobie
jednością w trwaniu
Świt
niektóre poranki
wchodzą do pokoju
jakby znały moje imię
siadają obok
i nie pytają o nic
wszystko, co niewypowiedziane
nabiera kształtu dłoni
nie chcą wyjaśnień
ani spowiedzi
w ich milczeniu
jest miejsce na oddech
na Ciebie
na mnie
na to, co zostaje
kiedy wszystko inne
już minie
